Mrożenie oocytów (część 1)

M

Jak opisywałam w jednym z ostatnich wpisów, zdecydowałam się zamrozić swoje komórki jajowe (a dokładniej oocyty). Powody zasadniczą są dwa: aby zatrzymać czas i przestać czuć jego natrętny oddech na plecach oraz żeby mieć możliwość – kiedy podejmę już taką decyzję – przejść procedurę in vitro z dawcą zagranicą. Wówczas mogę komórki wysłać do wybranej kliniki i pojechać jedynie na zabieg transferu.

Jak wygląda procedura mrożenia oocytów? Początek przypomina standardową procedurę stosowaną przy in vitro, ale jej finał jednak jest inny, bo kończy się na pobraniu komórek i ich zamrożeniu, a nie następuje zapłodnienie i transfer zarodków. Żeby też była pełna jasność: na razie mówimy o mrożeniu komórek, a nie mrożeniu zarodków.

Etap 1: zaczyna się zawsze od szczegółowych badań. Są wśród nich zarówno badania na choroby weneryczne i wirusy, jak i badania rezerwy jajnikowej – AMH (jeden z najważniejszych wskaźników, który pozwala oszacować liczbę dostępnych komórek jajowych) oraz badania związane z ogólną kondycją organizmu i krzepliwością krwi, ponieważ zabieg pobrania komórek wykonywany jest w krótkiej narkozie. Potrzebna jest także aktualna cytologia oraz usg piersi. W moim przypadku, z racji chorej tarczycy, także badanie TSH.

Etap 2: następnie odbywa się wywiad lekarski, na którym analizowane są wyniki ww. badań. Omawia się też wszelkie choroby i dolegliwości, obciążenia rodzinne, przyjmowane leki. Ostatnia zaś kwalifikacja do procedury odbywa się na fotelu ginekologicznym – badaniem usg transwaginalnym. Jeśli wszystko jest ok, to można podpisywać umowę i wszelkie zgody (umowa obejmuje pobranie i zamrożenie komórek, a następnie ich przechowywanie). Przed samym zabiegiem trzeba także odbyć konsultację z anestezjologiem, z racji wymaganej przy zabiegu narkozy.

Etap 3: stymulacja hormonalna. W zależności od wyników badań i indywidualnej sytuacji każdej pacjentki, można otrzymać różne hormony. Nie ma tu jednego przepisu. W moim przypadku zaczynałam od Puregonu, a następnie piątego dnia włączałam dodatkowo Orgalutran. Stymulację prowadzi się samemu, podając odpowiednie dawki leków podskórnie w zastrzykach, w brzuch. Puregon podaje się z wykorzystaniem specjalnego pena, Orgalutran sprzedawany jest od razu w ampułko-strzykawkach. Oba hormony podaje się raz na dobę, jeden rano drugi wieczorem.

Kontrole stymulacji: po pięciu dniach odbywa się pierwsza kontrola (badanie usg oraz badanie krwi – estradiol). Ma na celu sprawdzenie, czy dobrana została właściwa dawka hormonów i czy jest to właściwy moment na włączenie drugiego, wspomnianego przeze mnie leku. Jest on stosowany, aby zapobiec przedwczesnemu wzrostowi stężenia LH podczas hiperstymulacji jajników. Następne kontrole odbywają się już co dwa dni, zawsze jest to usg transwaginalne i badanie estradiolu ze krwi. Mają na celu sprawdzenie rozwoju pęcherzyków i poziomu hormonów, aby w razie czego móc zmienić dawkę leków oraz żeby – w ostatniej fazie – wyznaczyć datę zabiegu pobrania komórek.

Co ważne, nie da się z góry precyzyjnie wyznaczyć liczby dni dla całego procesu stymulacji (choć trwa ona standardowo ok 10-14 dni), ani daty zabiegu pobrania komórek. Tę poznajemy mniej więcej 48h przed, cały czas co dwa dni monitorując odpowiedź organizmu na podawane leki.

Trudno też odpowiedzieć na pytanie, jakiego samopoczucia spodziewać się przy stymulacji, bo każdy organizm może zareagować inaczej. Mnie uprzedzano, że będę mieć „wywalony” brzuch – i faktycznie mam. Pobolewają mnie też jajniki, trochę dokuczają bóle głowy. Po włączeniu drugiego leku te objawy nieco się zmniejszyły, za to zaczęłam odczuwać zmęczenie (podbieg do autobusu wywoływał mdłosci) i lekko obniżony nastrój. Ale generalnie zniosłam procedurę stymulacji dobrze. Brzuch mam owszem pokłuty, ale są to drobne ukłucia zostawiające jedynie małe plamki. Zrezygnowałam jedynie z pływania na basenie, bo łatwo o przeziębienie zimą, a nie chciałabym żeby z powodu infekcji nie można mnie było poddać narkozie.

Jakie koszty ponosi sie w tej pierwszej fazie?

  • wizyta startowa z wywiadem i usg: 200 zł
  • badania kwalifikujące do procedury: 340 zł (większość badań wykonywałam w ramach pakietu medycznego od pracodawcy, bez tego pakietu koszt wszystkich badań szacuję na: 900-1000 zł)
  • konsultacja anestezjologa: 80 zł
  • leki do stymulacji: 760 zł (tutaj jedna ważna uwaga, leki te są refundowane do momentu ukończenia 40go roku życia. Bez refundacji koszt wyniósłby ponad 2 700 zł)
  • monitoring stymulacji: 750 zł (obejmuje wszystkie wizyty kontrolne, usg, badania krwi)
  • SUMA I etapu: 2 130 zł (a gdyby liczyć wszystkie badania pełnopłatne i brak refundacji leków, to byłoby: 4 730 zł)

About the author

mama_sama

Przyszedł w moim życiu moment, kiedy zaczęłam rozważać samodzielne macierzyństwo. Nie dlatego, że zawsze tak chciałam, czy tak to sobie zaplanowałam. Niestety nie na wszystko w naszym życiu mamy wpływ.

Decyzja o samodzielnym sprowadzeniu na świat dziecka nie jest łatwa na wielu płaszczyznach: emocjonalnej, prawnej, medycznej, finansowej, a w końcu także jej odbioru społecznego. Ale czy to oznacza, że mam rezygnować?

Add comment

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Archiwa

Kategorie

Meta

About Author

Przyszedł w moim życiu moment, kiedy zaczęłam rozważać samodzielne macierzyństwo. Nie dlatego, że zawsze tak chciałam, czy tak to sobie zaplanowałam. Niestety nie na wszystko w naszym życiu mamy wpływ.

Decyzja o samodzielnym sprowadzeniu na świat dziecka nie jest łatwa na wielu płaszczyznach: emocjonalnej, prawnej, medycznej, finansowej, a w końcu także jej odbioru społecznego. Ale czy to oznacza, że mam rezygnować?