Jak to w końcu jest?

J

Ostatnie rozmowy z lekarzami spowodowały, że się trochę pogubiłam. Rzecz dotyczy inseminacji. Dla przypomnienia – ze względu na polskie prawo, korzystałam dotąd z tzw. inseminacji domowej, którą mogłam wykonać sama z nasieniem dawcy, zamawianym zagranicą. Pisałam już o tym tutaj.

Jednak ostatnie rozmowy z lekarzami sugerują, że jest to metoda bardzo mało skuteczna. Niezależnie od tego, że całość procesu odbywa się w monitoringu cyklu, owulacja jest potwierdzona, a zamówione nasienie bardzo wysokiej jakości, niedostępnej większości mężczyzn.

Dlaczego zatem jest tak mało skuteczna? Po pierwsze dlatego, że plemniki mrożone żyją krócej niż „świeże”, bo tylko około jednej doby, no i do tego mamy tylko jeden „strzał”. Po drugie dlatego, że porcja nasienia z banku to 0.5 ml, a w klasycznym wytrysku mamy 3-4 ml. Po trzecie – są także kwestie bardzo prozaiczne: plemnikom trudno jest pokonać fizyczne bariery, czyli przedostać się do szyjki macicy, skąd dalej mogą rozpocząć podróż do jajowodów. Siłą bowiem rzeczy nie możemy sobie same podać nasienia bardzo głęboko, a brak stosunku też nie ułatwia plemnikom pokonania tej przeszkody. Jak do tego dołożyć mój wiek i jak powiedział brutalnie lekarz – to że statystycznie w roku mam 2 komórki zdolne do zapłodnienia – to można się faktycznie podłamać.

Przyznaję, że po trzech takich próbach i wydaniu na nie ok 12 tyś zł, słysząc to wszystko poczułam się nieco nabita w butelkę. Przez system, przez bank dawców, a nawet przez moją lekarkę, która mnie na te inseminacje namawiała. Jeszcze raz spojrzałam na stronę banku dawców i w ich blogu, we wpisie sprzed trzech lat, dotarłam do rekomendacji żeby kupować do domowej inseminacji przynajmniej 1 ml nasienia (tak zrobiłam za trzecim podejściem). Ale zastanawiam się: dlaczego podstawowa ilość nasienia jaką sprzedają, jest tak mała? Rozumiem, że dla inseminacji domacicznej robionej przez lekarza wystarczy niewiele. Ale wyraźnie zaznaczałam że chodzi o domową (nasienie jest do niej inaczej przygotowywane) – dlaczego więc w procesie zakupu nie podano tej rekomendacji? Dlaczego są dostępne tylko słomki 0.5 ml, skoro w domowej inseminacji są tak mało skuteczne? Nie rozumiem tego. Tak samo jak tego, jak bardzo różnią się ceny dla klinik leczenia niepłodności i klientów prywatnych. Mówimy tu o przebitce mniej więcej trzykrotnej.

Pamiętam, że jak zaczynałam swoją drogę starań o dziecko, to od razu myślałam o in vitro. Nie dlatego, że byłam taka przewidująca, ale dlatego że zwyczajnie nic nie wiedziałam o inseminacjach. Teraz się zastanawiam, czy to właśnie nie było od początku najlepsze wyjście. Choć… lekarka twierdziła, że to strzelanie z armaty do mrówki, patrząc na moje bardzo dobre wyniki badań. No i bądź tu człowieku mądry.

Teraz stosuję metodę pośrednią, czyli inseminacje domaciczne. Zrobię tak trzy kolejne podejścia. Ale czy kiedy osiągnę kwotę 20 tyś zł to nie będę żałować, że od razu nie zrobiłam in vitro? Nie wiem. Nie chodzi zresztą tylko o bolesną kwestię pieniędzy, ale też psychikę (bo każda próba kosztuje emocje) oraz czas, który nie działa na moją korzyść. Piszę to także nie tylko dlatego, żeby rozładować własną frustrację, ale także po to, by dać osobom które dokonują w tej chwili wyboru jak postąpić w podobnej do mojej sytuacji, nieco szerszy obraz. Rozwiązania nie są bowiem jednoznaczne.

About the author

mama_sama

Przyszedł w moim życiu moment, kiedy zaczęłam rozważać samodzielne macierzyństwo. Nie dlatego, że zawsze tak chciałam, czy tak to sobie zaplanowałam. Niestety nie na wszystko w naszym życiu mamy wpływ.

Decyzja o samodzielnym sprowadzeniu na świat dziecka nie jest łatwa na wielu płaszczyznach: emocjonalnej, prawnej, medycznej, finansowej, a w końcu także jej odbioru społecznego. Ale czy to oznacza, że mam rezygnować?

Add comment

By mama_sama

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Archiwa

Kategorie

Meta

About Author

Przyszedł w moim życiu moment, kiedy zaczęłam rozważać samodzielne macierzyństwo. Nie dlatego, że zawsze tak chciałam, czy tak to sobie zaplanowałam. Niestety nie na wszystko w naszym życiu mamy wpływ.

Decyzja o samodzielnym sprowadzeniu na świat dziecka nie jest łatwa na wielu płaszczyznach: emocjonalnej, prawnej, medycznej, finansowej, a w końcu także jej odbioru społecznego. Ale czy to oznacza, że mam rezygnować?