Magia i przyziemność

M

Trzeba przyznać, że moment kiedy na usg po raz pierwszy można zobaczyć bijące serduszko, to totalna magia. Do badań usg już bardzo przywykłam, nie zliczę ile ich wykonałam przy okazji stymulacji, inseminacji i in vitro. Nawet trochę umiałam je już sama czytać. Aż tu nagle obraz na ekranie się zmienił. Najpierw było widać taką jakby obrączkę – jak ufo szybujące przez macicę, a przy kolejnym badaniu – właśnie pulsujące szybko serduszko, w plamce która pewnie kształtem przypomina kijankę, ale w sumie – tak szczerze – na ekranie nie przypominała niczego 😉 Trudno to objąć rozumem, że w zarodku który nie ma jeszcze centymetra, już bije serce. Bije na szczęście miarowo i w odpowiednim tempie. No czysta magia i potęga natury.

Ale jest też oczywiście przyziemność. Mdłości, w których nie ma żadnej logiki – czasem rano, czasem w nocy, czasem popołudniu. Po jedzeniu, albo kiedy jestem głodna. Po próbie poruszania się i kiedy leżę jak kartofelek na kanapie. Na szczęście nie wymiotuję (tfu tfu i w niemalowane!). Otwarcie lodówki to wyzwanie – ile tam drażniących zapachów… Potrawy, które uwielbiałam – nagle stają się niestrawne, nawet myśl o nich jest niemiła. Natomiast z tzw. „klasyków”, to niespecjalnie mam jakiekolwiek zachcianki, jedynie czuję dużo większą niż zwykle przyjemność z jedzenia grejpfrutów oraz połączenia smaku sosu pomidorowego z mozarellą (pizza, makaron, zapiekanka etc.). Jedno zdrowe, drugie mniej – chyba dla równowagi. Albo to tęsknota za latem i słodyczą pomidorów, rosnących pod włoskim (czy innym hiszpańskim czy izraelskim) niebem.

Odczuwam też bardzo wyraźnie – i to niemal od początku – napięcia, skurcze, bolesność i ciągnięcie w podbrzuszu. I mówiąc szczerze – cieszę się z tego. To taki „namacalny” dowód tego, że w moim ciele zachodzą zmiany, że macica się powiększa, a powłoki brzuszne rozluźniają (oj bardzo rozluźniają – brzuch mam wywalony jak w II trymestrze czasem).

Cieszę się tym wszystkim, łapię na zawieszkach w gapieniu przez okno z uśmiechem na ustach, łapię na marzeniach i wizjach. Czasem niedowierzam, w zasadzie codziennie rano muszę sobie jeszcze powiedzieć „ale wiesz? jesteś w ciąży!”. Czasem też jestem apatyczna, niespokojna, zmęczona, smutna i niezdolna do zajęcia się czymkolwiek. Uczę się sobie mówić: masz prawo się tak czuć, zaakceptuj, weź to.

Oczywiście, że się także niepokoję – teraz głównie tym, by ciąża się utrzymała i by kluczowe badania prenatalne wyszły pozytywne. Czy wtedy się wyluzuję? Tak mi się wydaje, ale inne doświadczone mamy mówią, że wtedy włączają się kolejne obawy, i tak do końca ciąży. Może więc trzeba przywyknąć, że to czas słodko-gorzki, błogo-lękliwy, radosno-apatyczny etc.? Zresztą, zawsze to lukrowanie ciąży i macierzyństwa mnie drażniło. Moja mama niestety jest w tym nurcie i czasem sadzi takie lukrowane farmazony, że wywołuje u mnie wystrzały irytacji. Ale czasem – przyznaję – sama sobie lukruję i przemawiam czule do Kropeczki, głaszczę się po wywalonym brzuchu i spędzam godziny oglądając kosze mojżesza 🙂

No ale się porobiło…

About the author

mama_sama

Przyszedł w moim życiu moment, kiedy zaczęłam rozważać samodzielne macierzyństwo. Nie dlatego, że zawsze tak chciałam, czy tak to sobie zaplanowałam. Niestety nie na wszystko w naszym życiu mamy wpływ.

Decyzja o samodzielnym sprowadzeniu na świat dziecka nie jest łatwa na wielu płaszczyznach: emocjonalnej, prawnej, medycznej, finansowej, a w końcu także jej odbioru społecznego. Ale czy to oznacza, że mam rezygnować?

Add comment

By mama_sama

Najnowsze wpisy

Najnowsze komentarze

Archiwa

Kategorie

Meta

About Author

Przyszedł w moim życiu moment, kiedy zaczęłam rozważać samodzielne macierzyństwo. Nie dlatego, że zawsze tak chciałam, czy tak to sobie zaplanowałam. Niestety nie na wszystko w naszym życiu mamy wpływ.

Decyzja o samodzielnym sprowadzeniu na świat dziecka nie jest łatwa na wielu płaszczyznach: emocjonalnej, prawnej, medycznej, finansowej, a w końcu także jej odbioru społecznego. Ale czy to oznacza, że mam rezygnować?